piątek, 4 października 2013

"Alchemia miłości" Eve Edwards

Tytuł: Alchemia miłości
Autorka: Eve Edwards
Seria: Kroniki rodu Lacey, tom: I
Wydawnictwo: Egmont
Stron: 384

"Kiedy w 1582 roku młody Will Lacey został hrabią Dorset, czekało go trudne zadanie. Zmarły ojciec zostawił majątek w ruinie i Lacey musiał jak najszybciej ożenić się z posażną panną, aby uratować swój ród. Na dworze Elżbiety I pełno było takich dam, lecz serce Willa biło mocniej tylko dla Ellie – ślicznej, uczonej dziewczyny, która nie posiadała nic poza bezwartościowym hiszpańskim tytułem. Gdy rodzina nalegała, aby Will poślubił lady Jane, piękną i bogatą szlachciankę, której majątek mógłby podnieść ich ród z upadku, młody hrabia stanął przed odwiecznym wyborem – serce czy rozum? Książka Eve Edwards jest mądrą opowieścią o miłości w trudnych czasach, podległych wielkiej polityce. Anglia, której król Henryk VIII narzucił przejście na protestantyzm, pod władzą Elżbiety I żyje obsesją katolickich szpiegów i zagrożenia ze strony Hiszpanii. Szlachcic z dworu królowej, który zakochał się w dziewczynie z hiszpańskim tytułem, wiele ryzykował…" 

Nie jestem wielką fanką romansów historycznych. Choć w domu mam ich pełno (mama się zaczytuje), to jakoś nigdy nie miałam ochoty po nie sięgać. Zdarzyło mi się raptem raz przeczytać Philippę Gregory i, choć nie było źle, stwierdziłam, że to lektury po prostu nie dla mnie. Dlaczego więc "Alchemia miłości"? Ponieważ dałam się porwać moim ulubionym blogerom. Wszyscy niecierpliwie oczekiwali na premierę, więc szał udzielił się i mnie. Książka musi być wyjątkowo, skoro tak wiele osób odlicza dni, aż wreszcie pojawi się w księgarniach. Dlaczego więc nie spróbować? A nuż może się okazać, że niepotrzebnie skreślałam ten gatunek. I wiecie co? To była świetna decyzja!

Ellie nie ma łatwego życia. Wraz z ojcem, alchemikiem, boryka się z problemem wiecznego braku pieniędzy. Niejednokrotnie, musieli w pośpiechu odpuszczać miejsce zamieszkania, z uwagi na profesję ojca. Dziewczyna, mimo młodego wieku, dba o wszystkie przyziemne sprawy, m.in. właśnie dach nad głową. W wolnym czasie zajmuje się nauką, co jest bardzo nietypowe dla młodej damy w ówczesnych czasach i z całą pewnością nie zachęca kawalerów do ubiegania się o jej rękę. Willa poznaje w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach - właśnie po raz kolejny straciła schronienie. Kiedy spotykają się po latach, młodzieniec zdaje się nie rozpoznawać Ellie i jest oczarowany jej urokiem, a ona... nie wyprowadza go z błędu. W końcu i tak nie ma to żadnego znaczenia - Will potrzebuje bogatej żony, a nasza bohaterka nie może pochwalić się dużym posagiem...

Język powieści jest dla mnie czymś nowych. Nie sposób się jednak dziwić - zazwyczaj sięgam po powieści, które dzieją się w czasach aktualnych, a nawet w przyszłości. Tutaj byłoby to oczywiście nie na miejscu, w końcu przenosimy się prawie 500 lat wstecz. Początkowo byłam nieco zniechęcona - wymagał ode mnie dużego skupienia i bardzo łatwo wypadałam z rytmu. Nie trwało to jednak długo, już po jakichś 30 stronach tak bardzo wciągnęłam się z fabułę, że zupełnie zapomniałam o języku! Eve Edwards udało się stworzyć naprawdę niesamowity świat - pasujący do epoki, a jednak nie zamęczający czytelnika swoim patosem. Jestem zachwycona i aż trudno mi uwierzyć, że tak bardzo przypadł mi do gustu romans i to historyczny!

Bardzo polubiłam głównych bohaterów. Całym sercem współczułam Ellie, miała nieszczęście żyć w czasach, kiedy jej intelekt był bardziej wadą niż zaletą. Do tego niski status materialny daje jej niewielkie pole manewru. Dziewczyna jednak nie poddaje się i nie załamuje. Do tego, zamiast pójść najłatwiejszą drogą i poślubić bogatego mężczyznę szuka innego rozwiązania, jednocześnie dbając o uczucia innych. Will z kolei ma na swoim koncie kilka niechlubnych uczynków, jednak bardzo przyjemnie było patrzeć na jego przemianę. Bardzo ważna jest tutaj również postać Jane - dużo silniejszej niż Ellie i niekoniecznie krystalicznie czystej dziewczyny, ale w pewnością najbardziej wyrazistej i rzeczywistej.

"Alchemię miłości" postawiłabym na półce z powieściami dla dorosłych, a nie młodzieży. Choć bohaterowie są młodzi, musimy pamiętać o jakich czasach rozmawiamy - wtedy był to odpowiedni wiek na branie ślubu i posiadanie dzieci. Oprócz scen o lekkim zabarwieniu erotycznym, znajdziemy tu również motyw prześladowania katolików. Muszę przyznać, że to jeden z najmocniejszych aspektów książki - sceny przedziwnego wujostwa naprawdę mnie przeraziły! Nie twierdzę, że powieść jest nieodpowiednia dla młodzieży, jednak myślę, że i dorośli nie powinni się przy niej nudzić.

"Alchemia miłości" przekonała mnie, że romanse historyczne to coś więcej niż się spodziewałam - tym razem trafiłam na coś naprawdę dobrego, a szkoda byłoby to przeoczyć. Polecam nie tylko miłośnikom gatunku, myślę, że się nie zawiedziecie!

Ocena: 8/10

poniedziałek, 30 września 2013

"Pan" Emma Becker

źródło
Tytuł: Pan
Autorka: Emma Becker
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 416

"Ellie, dwudziestolatka, studiuje i mieszka z rodzicami w Paryżu, wiodąc  beztroskie życie do dnia, kiedy spotyka Pana, dwukrotnie od niej starszego żonatego chirurga. Ich związek, początkowo rozwijający się tylko za pośrednictwem Facebooka i SMS-ów, bazujący na zamiłowaniu obojga do libertyńskiej literatury erotycznej, przenosi się do obskurnego pokoju w hotelu przy placu Pigalle. Tam bez żadnych ograniczeń kochankowie zgłębiają rozkosze seksualnej namiętności. Po serii potajemnych wtorkowych spotkań w hotelu i przelotnych rozmów telefonicznych Ellie przeżywa miesiące gorączkowego oczekiwania na Pana, namiętne zniewolenie, z którego bezskutecznie będzie się starała wyzwolić." źródło

Choć książka "50 twarzy Greya" zapoczątkowała modę na powieści z lekką (i mniej lekką) nutką pikanterii, już dawno przełamałam stereotypy w swojej głowie - to, że stoją na jednej półce w księgarni, wcale nie musi oznaczać, że są takie same. Choć "Grey" zbiera raczej negatywne recenzje, inne powieści z tego gatunku wcale nie są skreślone - sama przekonałam się o tym niejednokrotnie, choćby dzięki Megan Hart. "Pan" zapowiadał się naprawdę znakomicie. Recenzje, choć nieliczne, były zgodne - powieść jest znakomita. Cóż takiego jest w debiucie Emmy Becker, że bije konkurencje na głowę?

Ellie to młodziutka studentka, która jest osobą co najmniej nietypową. Mieszka z rodzicami w pięknym Paryżu, a większość czasu spędza w domu lub na spotkaniach ze znajomymi, ponieważ na jej uczelni trwa strajk. Spodziewacie się pewnie, że Ellie jest szarą myszką? Pudło! Super popularną cheerleaderką? Też pudło! Kim jest więc Ellie? Znudzoną dziewczyna, zafascynowaną klasyką literatury erotycznej. Osobiście uważam ją za dość rozpuszczoną młodą damę - obnosi się ze swoją przedziwną pasją i nic sobie nie robi z napominań matki. Jedno trzeba jej przyznać - jest postać nadzwyczaj rzeczywistą. Nic jednak dziwnego, nie jest przecież tajemnicą, że Emma to Ellie, a Ellie to Emma...

Wszystko zaczyna się właśnie przez matką dziewczyny. Kobieta niefortunnie wspomina o przyjacielu wujka Ellie, który jest chirurgiem i... fascynują go dokładnie te same książki, co naszą bohaterkę. Typowa studentka puściłaby taką uwagę mimo uszu i udała na kolejną imprezę w akademiku. Nie muszę chyba wspominać, że Ellie, absolutnie nie jest typowa? Pisze, więc do tajemniczego "Pana", a ich rozmowy z czasem stają się coraz bardziej odważne. Jest tylko kwestią czasu, kiedy przerodzą się w niebezpieczny romans, z którego dziewczyna nie będzie potrafiła się tak łatwo wyplątać.

Warto wspomnieć tutaj o tytule - wbrew moim przypuszczeniom oznaczał on coś innego, niż może się wydawać. "Pan" nie oznacza bowiem pana, władcę (choć w zasadzie Ellie została całkowicie otumaniona, więc i takiej analogii możemy się doszukać). "Pan" jest przede wszystkim formą grzecznościową, którą bohaterowie bardzo sobie cenią, jak "proszę pana", "proszę pani". Jest to bardzo ważne, bo przecież nie mówimy tu o związku, w którym z góry ustalone zostały zasady przynależności kobiety do mężczyzny.

Czym więc wyróżnia się "Pan" na tle innych powieści? Po pierwsze językiem. Co tu dużo mówić - jest po prostu znakomity! Pełen epitetów, wręcz poetycki i absolutnie niespotykany we współczesnej literaturze. Szczególnie, w takiej tematyce - momentami kwiecisty język totalnie nie pasował do ostrej sceny, co było tak absurdalne, że wręcz... znakomite. Ukłony należą się również tłumaczom, domyślam się, że przełożenie tej książki było niezwykle trudne.

Debiut Emmy Becker jest przeznaczona dla dorosłych czytelników, czyli 18+. Gdyby to ode mnie zależało, jeszcze bardziej podniosłabym tą poprzeczkę (ale chyba nie można ustalić w Polsce limitu, 21+, prawda?). Zapomnijcie o jakiejkolwiek naiwności, nieśmiałości i zagubionych owieczkach. Nie liczcie na romans szarej myszki z bogatym księciem w białym ferrari. Nie ten adres! Sceny są naprawdę śmiałe i nie znajdziecie na tych ponad 400 stronach ani grama słodyczy. "Pan" nie ociera się o granicę dobrego smaku, on najzwyczajniej w świecie ją przekracza i nic, ale to nic sobie z tego nie robi. Czy byłam zniesmaczona? Oczywiście! Ale przecież o to właśnie chodzi, niech podniesie rękę ten, kto nie był...

"Pan" to kawał bardzo mocnej lektury, prawdziwie surowego miejsca. Jeśli szukacie naprawdę silnych wrażeń, zaskoczenia, a nawet przekroczenia pewnych granic - to lektura idealna dla Was. Nie zamierzam wsadzić tej książki do jakiejkolwiek szuflady, bo właściwie... nawet jeślibym chciała, nie jestem w stanie. Nie potrafię oceniać dzieła, napisanego w taki sposób, a jednocześnie poruszającego taką tematykę. Pozostaje mi jedynie pogratulować autorce odwagi!

Ocena: brak


Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

sobota, 28 września 2013

"Przez bezmiar nocy" Veronica Rossi

źródło
Tytuł: Przez bezmiar nocy
Autorka: Veronica Rossi
Seria: Przez burze ognia, tom II
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 352

"Przeżyli eterowe burze, ale czy ich uczucie przetrwa bezmiar nocy?
Po miesiącach rozłąki Aria i Perry znów są razem, lecz ich wspólna przyszłość jest niepewna. Perry, nowy Wódz Krwi plemienia Fal, musi walczyć o zaufanie swoich ludzi. Aria zaś prowadzi sekretną misję. Do tego gwałtowność burz eterowych się nasila, a niekończący się półmrok spowija ziemię. Aria i Perry mają coraz mniej czasu, by odnaleźć Wielki Błękit. Czy zdążą, zanim bezlitosny żywioł zniszczy ich świat i marzenia o wspólnej przyszłości?" źródło

Po "Przez burze ognia" sięgnęłam całkiem niedawno, czyli sporo czasu po premierze. Wyszło mi to na dobre - nie musiałam zbyt długo czekać na kontynuację. I część bardzo mnie zaskoczyła, spodziewałam się schematycznej antyutopii, których mamy ostatnio na pęczki w każdej księgarni. Książka zaskoczyła mnie niestandardową wizją świata, w której można doszukać się nawet inspiracji klasycznym fantasy. Historia w pełni mnie usatysfakcjonowała, więc "Przez bezmiar nocy" czekała wysoko ustawiona poprzeczka. Czy sprostała moim oczekiwaniom?
Perry, zgodnie z planem, zostaje wodzem Fal. Nie spodziewał się, że będzie to proste, jednak ciężar dowództwa zaczyna go przytłaczać. Plemię spotyka się z całą masą problemów - przede wszystkim niedoborem żywności i burzami, a wszystko to spoczywa na barkach Perry'ego. W całym tym zamieszczaniu pojawia się Aria. Zdawać by się mogło, że wesprze chłopaka, jednak jej obecność przysparza więcej nieprzyjemności niż pożytku. Fale są sceptycznie nastawione do Osadniczki, a wyjawienie, że dwójka młodych ludzi darzy się uczuciem, tylko pokomplikowałoby sprawy. Nie można również zapominać o najważniejszym - Talon w dalszym ciągu jest przetrzymywany, a Aria musi odnaleźć Wielki Błękit.

II tom jest utrzymany w klimacie I, całość jest bardzo płynna. Od naszego poprzedniego spotkania z bohaterami minęło niewiele czasu. Zmieniają się jednak same postacie, stają się doroślejsi i jeszcze bardziej skłonni do poświęceń. Uczucie Arii i Perry'ego jest w pewnym sensie tragiczne - zdawać by się mogło, że los nigdy nie pozwoli im być naprawdę razem. Perry musi dbać o dobro swojego plemienia i, przede wszystkim, odbić bratanka - chłopiec mu już tylko jego. Aria również ma swoje zobowiązania. Jakby tego było mało nikt nie popiera ich związku. Przykro jest patrzeć na ich niekończące się wyrzeczenia i poświęcenia, ale muszę przyznać, że mam słabość do tragicznych kochanków. Mimo wszystko, przez całą lekturę trzymałam mocno kciuki za oboje, choć zdarzało się, że Perry mnie irytował (to prawdziwy męczennik).

Mniej tutaj Arii i Perry'ego razem, ale na pocieszenie dostajemy więcej... Roara! I muszę przyznać, że to strzał w dziesiątkę, bo postać jest wykreowana niesamowicie. Polubiłam go już w "Burzach ognia", ale tutaj z uśmiechem mogę przyznać, że wywalczył sobie miano mojego ulubionego bohatera. Potrafi być szorstki, ale cenię go przede wszystkim za lojalności i dobrą minę nawet do najgorszej gry. Obawiam się jednak, że nie wszystko potoczy się tak, jakbym tego chciała. Mam nadzieję, że w III tomie jego lojalność nie zostanie zakwestionowana. Mogę Wam również zdradzić, że będziemy mieć przyjemność spotkać tutaj również Liv. Strasznie lubiłam fragmenty, w którym Roar o niej opowiadał i szczerze ubolewam, że nie możemy przeczytać po polsku tomu 0.5 "Roar and Liv" (dla zainteresowanych tutaj). Trochę się nawet przymierzam, żeby przeczytać to w oryginale, ale nie wiem czy mi się uda.
Historię w dalszym ciągu poznajemy z dwóch punktów widzenia - rozdziały naprzemiennie zatytułowane są "Aria" lub "Peregrine". Dlaczego nie Roar, skoro staje się postacią równie pierwszoplanową, co wspomniana dwójka? Może dlatego, że ciągle przebywa z którymś z bohaterów? Niemniej jednak, lubię taki sposób narracji, więc i tutaj nie mam do niego zastrzeżeń. O tym, że książkę czyta się świetnie i jest niesamowicie wciągająca wspominać już chyba nie muszę? Uwielbiam Veronicę Rossi, a "Przez bezmiar nocy" tego nie zmieniło, jednie utwierdziło mnie w tym przekonaniu.

"Przez bezmiar nocy" ma jedną niepodważalną wadę. A właściwie... 16. Dokładnie o tyle stron, książka jest cieńsza od poprzedniczki. Oznacza to jedno - 16 stron mniej wyśmienitej lektury! Polecam Wam te tytuł całym sercem, naprawdę warto zapoznać się z serią.

Ocena: 8/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję:




środa, 25 września 2013

"Wszechświaty" Leonardo Patrignani

źródło
Tytuł: Wszechświaty
Autor: Leonardo Patrignani
Wydawnictwo: Dreams
Stron: 272

"Według teorii wieloświatów, istnieje nieskończona liczba światów, jak i nieskończone są możliwości naszego w nich istnienia. Przypuszcza się, że te rzeczywistości nie komunikują się wzajemnie. Alex mieszka w Mediolanie, a Jenny w Melbourne. Cienka nić od zawsze wiąże losy tych dwojga – telepatyczne rozmowy, które odbywają bez uprzedzenia, w stanie nieświadomości. Aż do chwili, gdy zdecydują się na spotkanie i odkrycie prawdy, która całkowicie zmieni ich egzystencję, niszcząc wszelkie pewniki świata, w którym żyją." źródło

Alex i Jenny to para nastolatków. Uwielbiają swoje rozmowy i czują niesamowitą wieź. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że rozmowy te odbywają się... w ich głowach. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, żadne z nich nie ma problemów psychicznych, posiadają wyjątkowy dar, dzięki któremu mogą komunikować się w myślach. Reakcja nastolatków jest naturalna - sami siebie podejrzewają o urojenia. Wszystko jednak wskazuje, że oboje są prawdziwi. Jest tylko jedno rozwiązanie, aby mogli być pewni - muszą się spotkać. Nie jest to jednak takie proste, skoro Jenny mieszka w Melbourne, a Alex w Mediolanie.

"Wszechświaty" były jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Z przykrością przyjęłam wiadomość o jej przesunięciu i zaznaczyłam kolejną datę w kalendarzu - opis prezentował się naprawdę zachęcająco, a na takie książki warto czekać. Okładka również zachwyca, w rzeczywistości nawet bardziej niż na zdjęciu. Tył książki jest równie cudowny, jak przód, a w dodatku posiada nakładkę, po zdjęciu której znikają postacie i zostaje sam krajobraz. Papier, na którym została wydana jest mniej więcej dwa razy grubszy niż w przeciętnej książce. Serio. Nie zmienia to jednak faktu, że "Wszechświaty" liczą sobie zaledwie 280 stron, nawet jeśli wyglądają na dwa razy tyle. Kompletnie nie rozumiem tego zabiegu - przeciętny czytelnik, którego skierowana jest ta pozycja ma lat naście i z pewnością wolałby wydać nieco mniej kieszonkowego na lekturę, nawet jeśli oznaczałoby to nieco gorsze wydanie. W końcu książki kupujemy dla zawartości, a nie okładek, prawda?

Już od początku powieść wydaje mi się absurdalna. Nastolatki porozumiewają się myślowo i ich reakcja jest nawet realistyczna - podejrzewają, że to urojenia. Alex wpada nawet na całkiem niezły pomysł, jak sprawdzić, czy Jenny jest prawdziwa. Na tym jednak zdrowy rozsądek się kończy... Zgadnijcie co robi nastoletni Włoch, aby upewnić się, że jego przyjaciółka nie jest imaginacją? Wyrusza do Australii. Samotny 16-letni chłopiec leci sobie na inny kontynent. Zastanawiacie się skąd miał pieniądze na bilet? Alex ma starszego przyjaciela-geniusza, który nie dość, że konstruuje niesamowite sprzęty, to jeszcze potrafi oszukać banki i po prostu wyczarować pieniądze dla kolegi. Dlaczego nie jest milionerem, skoro jest aż tak genialny? Tego się nie dowiemy. Niestety powieść obfituje w tego typu absurdy...

Pomysł na fabułę wyjątkowo mnie zaciekawił. Autor oparł historię na teorii wieloświatów - równolegle istniejących wszechświatów, w których nasze życie może toczyć się zupełnie inaczej. Dla rozjaśnienia mogę posłużyć się najprostszym przykładem - bliska nam osoba, która zginęła w nieszczęśliwym wypadku, w innych z wszechświatów może żyć. Czasami śmierć jest spowodowana ciągiem małych, z pozoru nic nieznaczących zdarzeń i wystarczy, że jedno z nich potoczy się inaczej. Teoria jest naprawdę interesująca i daje autorowi ogromne pole do popisu. Chyba właśnie dlatego, po "Wszechświatach" spodziewałam się tak wiele. To co dostałam niestety zupełnie nie spełniło moich oczekiwań.

Oprócz tych bardziej znaczących, książka zawiera całą masę małych (ale irytujących) błędów. Przykład? Dwa razy przenosimy się do tej samej sytuacji - Alex wchodzi do domu i zastaje notatkę zostawioną przez matkę. Notatka zamiast być identyczna zmienia się, choć sens jest ten sam. Tarta z warzywnej staje się jarzynową, a przecinki zmieniają się w kropki (ewentualnie na odwrót). Błędy w tłumaczeniu? Miejmy nadzieję, bo z dwojga złego chyba lepiej, żeby namieszał tłumacz niż autor.

Wbrew całej litanii minusów, "Wszechświaty" nie są wybitnie złą lekturą. Nie są też wybitną, a tego właśnie można by się spodziewać po szumie, jaki wywołała ta książka. To historia po prostu średnia, nie będę rozpaczać nad czasem, który z nią spędziłam, ale kontynuację raczej sobie daruję - wątpię, żeby autor czymkolwiek mnie zaskoczył.

Ocena: 5/10 


Recenzja dla portalu A-G-W.info!



niedziela, 22 września 2013

"Alicja w Krainie Zombie" Gena Showalter [przedpremierowo]

źródło
Tytuł: Alicja w Krainie Zombie
Autorka:
Seria: Kroniki Białego Królika, tom: I
Wydawnictwo: Mira
Stron: 512
Premiera: 25.09.2013

"Żałuję, że nie mogę się cofnąć w czasie i postąpić inaczej w wielu sprawach.
Powiedziałabym swojej siostrze: nie.
Nigdy nie błagałabym matki, by porozmawiała z ojcem.
Zasznurowałabym usta i przełknęła te nienawistne słowa.
Albo chociaż uściskałabym siostrę, mamę i tatę po raz ostatni.
Powiedziałabym, że ich kocham.
Żałuję... tak, żałuję

Jej ojciec miał rację. Potwory istnieją...

By pomścić śmierć rodziny, Alicja musi się nauczyć, jak walczyć z zombi.

Nie spocznie, dopóki nie odeśle każdego żywego trupa z powrotem do grobu. Na zawsze.
" źródło

Całkiem niedawno obiły mi się o uszy szydercze komentarze sceptyków paranormal romance jakoby wampiry i wilkołaki już dawno straciły swoją twarz, jedynie zombie jakoś się trzymają. Choć "Alicja w Krainie Zombie" nie jest ani jedynym, ani nawet pierwszym tytułem o tych nieumarłych istotach, po raz pierwszy mam z nimi styczność w literaturze młodzieżowej. Zaintrygował mnie pomysł na przedstawienie znanej baśni w tak oryginalnej wersji, jednak pojawiła się pewna obawa. Kiedy tylko ujrzałam okładkę pomyślałam: "Alicjo, proszę, tylko na zakochuj się w zombie!" Na szczęście - posłuchała! ;)

Ostatnie książkowe premiery uparcie mnie rozczarowują - nie mogę przypomnieć sobie, kiedy przeczytałam książkę, po której nie spodziewałabym się czegoś więcej. Czytam już po trzy książki jednocześnie ciągle licząc, że fabuła jeszcze się rozkręci, ale większość najchętniej odrzuciłabym ponownie na półkę. Mniej więcej między jednym rozczarowaniem, a drugim wpadła mi w ręce "Alicja...". Wydana jest naprawdę nieźle, ma zachęcającą okładkę, przyzwoitą ilość stron i (co ostatnio rzadkie) nie odstrasza ceną. Bez zastanowienia porzuciłam więc wszystko, co aktualnie czytałam na rzecz tego tytułu. Czy warto było?

Mało jest książek, które potrafią skraść serce czytelnika już samym początkiem. "Alicji..." się to udało - wstęp do historii jest niezwykle udany! Nastolatka mieszka z siostrą, Emmą, oraz rodzicami. W niczym nie przypominają jednak typowej rodziny. Ojciec nie pozwala bowiem swoim bliskim opuszczać domu po zmroku ani choćby zbliżyć się do cmentarza w obawie przed potworami, których nikt nie widział. Ali może więc zapomnieć o wieczornych wyjściach ze znajomymi, randkach czy choćby zajęciach pozalekcyjnych, które późno się kończą. W dniu urodzin, dziewczyna upiera się jednak, aby wreszcie postawić na swoim. Wymusza na zapominalskich rodzicach wyjazd na występ młodszej siostry - nie jest to proste, bo kończy się po zmroku. Wyjście okazuje się mieć katastrofalne skutki...

Po mocnym początku, mamy coś na styl klasycznego paranormal romance - nastolatka po przejściach, nowa szkoła i mroczny przystojniak. Z jednym małym wyjątkiem - w książce nie ma nic, co mogłoby czytelnika nużyć! Alicji bardzo szybko udało się zdobyć chlubny tytuł mojej ulubionej bohaterki, dziewczyna ma charakterek. Moje sceptyczne nastawienie bardzo szybko zmieniło się w entuzjastyczne, a powieści po prostu nie byłam w stanie odłożyć. Ali bardzo daleko jest od mdłych nastolatek, które jak ciche myszki przemykają korytarzami. To postać, którą absolutnie uwielbiam! Warto również dodać, autorka w ciekawy sposób przedstawiła ból po utracie bliskich osób. Często autorzy popadają w skrajność - postaci albo nadmiernie przeżywają żałobę, albo kompletnie ją ignorują. Alicja natomiast zachowuje się realistycznie, żyje dalej, ale kiedy nachodzi ją smutek i mnie zakręca się łezka w oku. Moje sympatia do Alicji jest oczywiście silnie związana z odbiorem całej książki - bohaterka jest narratorką i bardzo spodobało mi się, w jaki sposób opowiada nam swoją historię.

Powinnam przejść teraz do wad. Cały problem polega na tym, że ich... nie ma. A może po prostu, zaślepiona sympatią do bohaterów, nie jestem w stanie ich dostrzec? Polubiłam bowiem w książce chyba wszystkich - Kat, rozśmieszała mnie do łez, Szron jeszcze bardziej, a Cole... Można stwierdzić, że "mroczny przystojniak", to element tak oklepany, że może stać się jedynie wadą. Cole jednak obala tą teorię - o jakikolwiek schemat by się nie otarł i tak będę go uwielbiać! Analizują przyczynowo-skutkowe zależności, nietrudno się domyślić, że wątek miłosny również przypadł mi do gustu. Wspominałam już, jak dużą role odgrywał w powieści?

Wbrew pozorom, inspiracja baśnią nie jest tak oczywista. Owszem, inspiracja jest widoczna, ale całość jest raczej luźno powiązana z klasyką, a nie jej nową wersją. Co więcej, jest to zrobione w inteligentny, nieoczywisty sposób - brawo! Chyba jedynym powiązaniem, które od razu rzuca się w oczy jest biały królik... Żałuję, że nie przypomniałam sobie "Alicji w Krainie Czarów", zanim sięgnęłam po lekturę. Może odnalazłabym wtedy więcej powiązań?

Bardzo dawno nic nie oczarowało mnie tak jak "Alicja w Krainie Zombie". Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń i z czystym sumieniem mogę Wam polecić tę historię pod każdym względem - nawet z uwagi na okładkę i stosunek ceny do objętości. Przeklinam osobę, która uświadomiła mi, że nie jest to pierwsza powieść Geny Showalter, wydana w Polsce i powoli odkładam fundusze, żeby umilić sobie czas oczekiwania na kolejną część.

Ocena: 10/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu:

piątek, 20 września 2013

Stosik wrześniowy

Reguła dodawania stosików w połowie miesiąca jakoś mi się rozpłynęła. Już 20 września, a mnie właśnie się przypomniało, że nie pochwaliłam się wrześniowymi nabytkami. W tym miesiącu jest dość skromnie - przynajmniej w porównaniu do wakacji :P Póki co, moim faworytami z poniższych pozycji jest "Alicja w Krainie Zombie" (kto by pomyślał?) oraz "Przez burze ognia" (recenzja jest już na blogu). W dalszym ciągu próbuję walczyć z książkowym zakupoholizmem i nawet widać jakiś postęp - w końcu tylko 2 książki to nabytki własne ;)


Od góry:
  1. "Alicja w Krainie Zombie" Gena Showalter -  perełka zajmująca zaszczytne miejsce na samej górze stosu :) Od Miry, recenzja wkrótce
  2. "Love story" Jennifer Echols - kolejna książka z bardzo lubianej przeze mnie serii Jaguara
  3. "U progu szczęścia" Aidan Donnelley - również od Jaguara
  4. "Przez burze ognia" Veronica Rossi - od Moondrive, RECENZJA
  5. "Przez bezmiar nocy" Veronica Rossi - j.w. mam nadzieję, że dorówna poprzedniczce
  6. "Alchemia miłości" Eve Edwards - dzisiejszy nabytek, prosto od kurier
  7. "Pan" Emma Becker - zaskakująca książka, którą czytam bardzo powoli i sama nie wiem co o niej myślę... od Bukowego Lasu
  8. "Po ciemnej stronie księżyca" Elżbieta Leszczyńska - polska książka, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, ale opis mnie zaintrygował. Od Sztukatera
  9. "Morza szept" Patricia Schroder - jedna z dwóch nowości Dreams na mojej półce. Od a-g-w.info
  10. "Przeznaczenie. Moc żywiołów" Marta Baranowska - również od a-g-w.info. Książka otrzymała niechlubne miano najgorszej z recenzowanych do tej pory na blogu. RECENZJA
  11. "Kroniki Ciemności" Agnieszka Michalska - dzięki uprzejmości autorki ;) RECENZJA
  12. "Dziewczyna w stalowym gorsecie" Kady Cross - wygrana w konkursie, niestety poczta nie obeszła się z nią zbyt dobrze :(
  13. "Przysięga" Kimberly Derting - mój cudowny i wymarzony prezent :)
  14. "Zawładnięci" Elana Johnson - zakup własny (oczywiście na promocji :P)
  15. "Żelazny Król" Julie Kagawa - j.w.
Na zdjęciu brakuje jedynie "Wszechświatów", których recenzja jest już napisana. W następnej kolejności będziecie mogli poznać moje zdanie na temat "Alicji...", ale, jak już pewnie większość z Was się domyśla, jestem nią zachwycona. Mogę się również pochwalić, że pierwszy raz od wielu miesięcy nie zalegam z recenzjami - została mi do napisania tylko jedna :) Aktualnie poczytuję sobie "Pana" (powoooooli) i "Morza szept (już nie tak powoli). Co potem? Nie mam pojęcia! ;)

Widzicie coś dla siebie w moich najnowszych nabytkach? A może którąś z książek wyjątkowo polecacie/odradzacie? 

poniedziałek, 16 września 2013

"World War Z" Max Brooks

źródło
Tytuł: World War Z
Autor: Max Brooks
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 544

"Hordy głodnych i wściekłych zombie nadciągają!  
Jesteście przygotowani na WOJNĘ TOTALNĄ?

Najpierw w Chinach pojawia się pacjent "zero" zarażony dziwną i nieznaną chorobą, która powoduje niespotykaną dotąd degenerację ciała i późniejszą reanimację zwłok. Wkrótce z całego świata zaczynają napływać kolejne doniesienia o podobnych przypadkach. Rządy wielu państw ignorują zagrożenie i skrywają prawdę przed obywatelami. A ta jest szokująca - po całym globie z prędkością błyskawicy rozprzestrzenia się śmiertelny wirus zmieniający ludzi w żywe trupy żądne krwi...
Tak zaczęła się pandemia, którą przetrwali nieliczni. Świat po globalnej hekatombie stał się przerażającym i brutalnym miejscem pozbawionym zasad, gdzie można liczyć tylko na siebie. Dzięki Maksowi Brooksowi poznajemy historie z pierwszej ręki, o których dotychczas milczały raporty wojenne.
World War Z to bijący rekordy popularności doskonały reportaż, przerażający do szpiku kości, prawdziwy do utraty tchu!"
źródło

Jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie roku temu, "Wojny Zombie" (bo tak brzmiał tytuł I wydania) były praktycznie nieosiągalne. Szukałam wszędzie - w księgarniach internetowych i tych stacjonarnych, outletach, antykwariatach. Niestety bez efektu. Zawsze zostaje co prawda allegro, ale tylko pod warunkiem, że ktoś jest gotów zapłacić 200zł za używaną książkę, w stanie co najwyżej średnim. Kiedy zobaczyłam zapowiedź filmu byłam wniebowzięta. Nie, wcale nie dlatego, że tak bardzo chciałam go obejrzeć, ale dlatego, że jest to najczęściej równoznaczne z ponownym wydaniem książkowego odpowiednika. Tak właśnie, po latach(!),  na moją moją półkę trafiło "Word War Z", w nowym jeszcze pachnącym farbą drukarską wydaniu. Czy warto było tak długo czekać?

Wampiry, wilkołaki już dawno straciły swoje przerażające oblicze. We współczesnej literaturze to jedynie mroczni przystojniacy, którymi zachwycają się nastolatki. Zdawać by się mogło, że jedynie zombie zachowały twarz, choć i to jest sprawa dyskusyjna. Jedno jest natomiast pewne - jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy nieumarli są jeszcze w stanie mrozić krew w żyłach, Max Brooks udowadnia, że tak.

Wszystko zaczęło się dość niepozornie. Młody chłopiec w Chinach, zarażony nieznanym wirusem. Ludzie zaczynają podejrzewać, że to ludzka odmiana wścieklizny. Choroba rozprzestrzenia się w zaskakującym tempie. Samoloty, a nawet przeszczepy organów roznoszą ją po całym świecie. W krótkim czasie cały świat obiega wirus, a ludzkość nie radzi sobie z problemem.

Wizja świata opanowanego przez wirus Zombie została przedstawiona naprawdę przerażająco. Brooks stworzył coś niesamowitego - wywiady, które przedstawił w książce są tak rzeczywiste, że nie sposób uwierzyć, iż jest to jedynie fikcja. Zombie kojarzyły mi się raczej z tanim horrorem klasy B, autor jednak przedstawił je w taki sposób, że sama zaczęłam traktować je jako realne zagrożenie! Czytelnik zagłębiając się w lekturę coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że wszystko jest możliwe. Zachowanie ludzi w obliczu tej makabrycznej epidemii, choć potworne, jest do bólu prawdziwe.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na kunszt autora. Wywiady, które znajdziemy w książce sprawiają wrażenie przeprowadzonych przez profesjonalnego dziennikarza. Skłamałabym mówiąc, że są na poziomie gazet - raczej chciałabym, aby w czasopismach występowały artykuły napisane w ten sposób. Mało tego, Brooksowi udało wczuć się w całe mnóstwo osób, o różnych profesjach, wykształceniu i narodowości.

Warto również zwrócić uwagę na historię. Nie mamy tu utartej linii fabularnej, to raczej raport z całej wojny, która obiegła świat wzdłuż i wszerz. Chiny, Palestyna, Izrael, USA, Kanada, Antarktyka czy Finlandia to tylko niektóre z miejsc, których losy poznamy w "WWZ". Jako, że wirus dotarł wszędzie, autor przenosi nas w najróżniejsze miejsca i udowadnia, że nikt nie jest bezpieczny. Nawet jeśli jesteście przekonani, że nie sposób wciągnąć się w opowieść, która wcale nie dotyczy jednego, czy dwóch głównych bohaterów, radzę nie skreślać tej pozycji - ja jestem nią zachwycona.

"World War Z" to książka nietuzinkowa. Choć przypomina reportaż, mrozi krew w żyłach niczym najlepszy horror. Polecam ją wszystkim serdecznie, nawet mimo nocnych koszmarów, jakie u mnie wywołała.

Ocena: 8/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka oraz portalowi Sztukater!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...