niedziela, 5 lutego 2017

"Sama się prosiła" Louise O'Neill

źródło
Tytuł: Sama się prosiła
Autor: Louise O'Neill
Wydawnictwo:  Feeria 
Stron: 344

"Początek lata w małym irlandzkim miasteczku. Emma O'Donovan, piękna i nieustraszona osiemnastolatka, idzie z przyjaciółkami na imprezę. Są na niej wszyscy, a ich oczy są zwrócone na nią.
Następnego dnia rano rodzice znajdują ją nieprzytomną na progu domu. Krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Co gorsza, nie pamięta, co stało się poprzedniego wieczoru. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. W szkole ludzie odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni. 
Teraz w oczach wszystkich jest łatwa. Jest niczym.
Zdjęcia idą w świat. Rozpoczyna się dochodzenie, które prowadzi do podziałów w społeczności. Pojawiają się media, ludzie opowiadają się po różnych stronach, nagle każdy ma o niej coś do powiedzenia. 
Mocna historia o tym, jak strasznym, piętnującym i zawstydzającym doświadczeniem jest gwałt.
Brytyjski bestseller i książka roku 2015 w Irlandii." źródło
 
Jestem przekonana, że nie polubiłabym Emmy. Głowę nosi za wysoko, a jej życiowe priorytety pozostawiają wiele do życzenia. Mówiąc w skrócie: świat tej dziewczyny kręci się wokół koleżanek, imprez i wyglądu. Dziewczyny chodzą na spotkania ze znajomymi w niestosowanie krótkich sukienkach, piją na umór, a potem sypiają z kolegami, do których nawet nic nie czują. Ale to wcale nie znaczy, że z Emmą i jej koleżankami można zrobić co się chce...
 
Kiedy poznajemy bliżej główną bohaterkę szybko okazuje się, że wszystko ma swoje powody. Emma cieszy się, że jest najładniejsza wśród swoich koleżanek tylko dlatego, że myśli, iż to jedyne co ma do zaoferowania. Sypia z przypadkowymi kolegami, ponieważ uważa, że tylko tak zwróci na siebie uwagę. Pije zdecydowanie zbyt dużo, bo chce uchodzić za wyluzowaną i zwracać na siebie uwagę. Bo wbrew pozorom nasza bohaterka nie jest głupia, może jedynie zbyt naiwna. Nierzadko zdarza się jej podejmować złe decyzje, jednak nie można jej nie współczuć po tym wszystkim, co się wydarzyło.

"Sama się prosiła" przedstawia kontrowersyjną historię - i to chyba nie jest żadne zaskoczenie, bo powieści o gwałcie zawsze są kontrowersyjne. Nietypowym jest jednak fakt, w jaki sposób została przedstawiona główna bohaterka. To nie jest dziewczyna, którą (przynajmniej do pewnego momentu lubimy). Wręcz przeciwnie - autorka robi wszystko, żeby zrazić do niej czytelnika. Muszę przyznać, że Louise O"Neill bardzo zgrabnie nami manipuluje i zmusza abyśmy sami podjęli decyzję - czy dziewczyna taka jak Emma jest ofiarą. Moim zdaniem odpowiedź jest oczywista. Myślę, że książkę powinni przeczytać przede wszystkim Ci, którzy twierdzą, że młode dziewczyny, które wychodzą wieczorami na miasto same proszą się o gwałt - dla mnie nie ma większej głupoty niż to stwierdzenie.

Do pewnego momentu powieść jest naprawdę dziwna. W zasadzie możemy podzielić ją na dwie części - "przed" i "po". Na początku poznajemy Emmę i jej najlepsze przyjaciółki. Dziewczyny mają dziwne problemy, które lekko nużą, a z drugiej strony bohaterów jest tak wiele, że łatwo pogubić się w imionach. Część "po" jest zdecydowanie lepsza. Kiedy Emma zostaje zupełnie sama łezka kręci się w oku i nawet najbardziej sceptycznie nastawieni do tej bohaterki czytelnicy nie mogą pozostać obojętni.

Powieść Louise O'Neill to bardzo mocna książka. Z jednej strony jest skierowana do młodszych czytelników, nastolatków będących rówieśnikami Emmy. Z drugiej jednak Ci z Was, którzy mają nieco słabsze nerwy, powinni zastanowić się nad lekturą. Tragedia, która spotkała dziewczynę opisana jest w sposób bardzo sugestywny. Jeśli jednak zdecydujecie się na lekturę bardzo polecam Wam przeczytać ją od początku do końca, włącznie z notą od autorki na końcu. Dzięki temu, możecie być pewnie, że prawidłowo zrozumiecie zakończenie.

Ocena: 8/10
 
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:
http://wydawnictwofeeria.pl
 

środa, 18 stycznia 2017

"Margo" Tarryn Fisher

źródło
Tytuł: Margo
Autor: Tarryn Fisher
Wydawnictwo: SQN

Stron: 320
 
"W Bone jest dom. W domu mieszka dziewczyna. 
W dziewczynie mieszka ciemność…

Margo nie jest jak inne nastolatki. Żyje w ponurym miasteczku Bone, które przejezdni omijają szerokim łukiem. Swój dom nazywa „pożeraczem”. Jej cierpiąca na depresję matka nie odzywa się do niej i traktuje niczym służącą.
Dziewczyna trzyma się na uboczu, dni spędza w samotności. Wszystko nieoczekiwanie się zmienia, kiedy poznaje Judaha – starszego chłopaka z sąsiedztwa. Sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, odkrywa przed Margo świat, jakiego dotąd nie znała.
Kiedy w okolicy ginie siedmioletnia dziewczynka, dwójka osobliwych przyjaciół rozpoczyna prywatne śledztwo. W głowie Margo pojawia się desperackie pragnienie, aby wytropić morderców. I przykładnie ukarać… „Oko za oko. Krzywda za krzywdę. Ból za ból”. Rozpoczynając bezlitosne polowanie na zło, dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.
Najbardziej brutalna prawda to ta o nas samych." źródło

Niewiele jest okładek idealnych. Nie wiele opisów potrafi w trzech zdaniach, dwunastu słowach przekonać mnie, że lektura po prostu musi być dobra. A jednak "Margo" zachwyciła mnie już w zapowiedziach - oczywista w swej prostocie oprawa bardzo dobrze obrazuje historię, którą znajdziemy w środku. Chyba nigdy nie widziałam grafiki, która tak dobrze przedstawiałaby mrok wewnątrz nas. Wystarczyły trzy pierwsze zdania, które zdobią tył okładki, a byłam kupiona. Moje oczekiwania wobec tej powieści były wręcz ogromne - tylko czy słusznie?

Tarryn Fisher jest znana przede wszystkim dzięki serii "Mimo moich win" oraz "Never, nerver" - powieści napisanej wspólnie z Colleen Hoover. Co prawda nie miałam okazji przeczytać wspomnianych tytułów, ale słyszałam o nich wiele dobre. Jeśli mam być kompletnie szczera to do autorki, przekonał mnie już fakt napisania książki wspólnie z Hoover, a "Margo" nie jest pierwszą powieścią jej autorstwa, która znajduje się na mojej półce. Teraz jednak sięgnę wiem, że sięgnę po nie o wiele szybciej niż planowałam...

Bone to miasto bez nadziei. Przypomina mi trochę Xenię z filmu "Gummo" (jeśli mieliście okazję go oglądać z pewnością wiecie, co mam na myśli, jeśli nie - absolutnie nie polecam). Alkohol, to jeszcze nic - tutaj na porządku dziennym są również narkotyki, prostytuacja, czy przemoc wobec dzieci. Magro każdego dnia ogląda swoich sąsiadów i napawa się coraz większym obrzydzeniem. Nie musi daleko szukać - już jej matka każdego dnia przedstawia obraz upadku człowieka.

Nie nastawiajcie się na banał - tytułowa Margo wcale nie jest uroczą dziewczyną, która uśmiechem radzi sobie z przeciwnościami losu. Bone i na niej odcisnęło swoje piętno. z kolei Judah, drugi z głównych bohaterów, wcale nie jest niegrzecznym, bogatym chłopcem. Jego matka, choć dużo bardziej troskliwa niż rodzicielka dziewczyny, również ma swoje wady (o ile hodowle marihuany nazwać możemy wadą)... A jednak nastolatka z nieciekawą twarzą i lekką nadwagą oraz chłopiec na wózku są w stanie znaleźć odrobinę słońca w tym pełnym mroku miasteczku.

Cały czas w pobliżu czai się jednak zło. Kiedy mała dziewczyna z sąsiedztwa znika bez śladu w Magro rodzi się żądza krwi. Jej myśli stają się coraz bardziej mroczne, a po głowie krąży bardzo niebezpieczne pytanie - czy lepiej nie robić nic, czy może zrobić to, na co mamy ochotę.

Tak ciężko mi sklasyfikować tę historię. To chyba thriller, jednak w żadnym stopniu nie przypomina tych, które czytywałam do tej pory. Tu nie ma tych dobrych i tych złych, nic nie jest oczywiste. A najsmutniejszy jest moment, kiedy zdajemy sobie sprawę, że dla większości bohaterów nie ma szans na szczęśliwe zakończenie, nieważne, jak bardzo będą się starać.

Nie wierzę, że mówię to teraz, zaledwie w połowie pierwszego miesiąca, nie mogę się jednak powstrzymać. Wszystko wskazuje na to, że już teraz znalazłam swoją ulubioną książkę roku! Premiery, które będą miały miejsce w ciągu najbliższych 11 i pół miesiąca mają wysoko postawioną poprzeczkę!

Ocena: 10/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję:


sobota, 17 grudnia 2016

"Jedyne wyjście" Helen Fitzgerald

źródło
Tytuł: Jedyne wyjście
Autor: Helen Fitzgerald
Wydawnictwo: Burda  
Stron: 340

"Trzymaj się z dala od pokoju numer 7
 
Nastoletnia Catherine zajmuje się głównie przesiadywaniem na Facebooku i flirtowaniem z chłopakami, dlatego też – zmuszona przez swoją matkę – dość niechętnie przyjmuje pracę w domu opieki. Miejsce jest piękne i ma ustaloną renomę. Jednak dziewczyna szybko odkrywa, że Zielona Przystań skrywa wiele tajemnic.  
Jedna z podopiecznych ośrodka, 82-letnia Rose, jest przekonana, że jej życiu zagraża niebezpieczeństwo. Tylko że kobieta cierpi na chorobę Alzheimera, więc co ona tam może wiedzieć i kto by jej w ogóle uwierzył… Staruszka tworzy mroczne rysunki, na których w tle zawsze widnieje pokój numer 7, i przestrzega dziewczynę, by trzymała się od niego z daleka. Gdy zaniepokojona Catherine postanawia w końcu sprawdzić teorie Rose, na jaw wychodzą przerażające fakty." źródło 
 
Pierwszy raz spotkałam się z Helen Fitzgerald podczas lektury "Wstydu". Lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie, do tego stopnia, że nie byłam w stanie jednoznacznie jej ocenić. Teraz, kiedy już ochłonęłam, mogę powiedzieć jedno - z całą pewnością to mocna książka. Autorka wypadła na tyle interesująco, że postanowiłam sięgnąć po kolejną jej książkę. Jak się okazało nie musiałam zbyt długo czekać - niedługo po premierze "Wstydu" w księgarniach pojawiło się "Jedyne wyjście". 

Cathrine ma dwadzieścia trzy lata, jednak z całą pewnością nie można nazwać jej poważną i odpowiedzialną. Główne zainteresowania dziewczyny to Facebook i spotkania ze znajomymi. Pech chciał, że jej matka nie podziela wspomnianych pasji i zmusza córkę do podjęcia pracy. Co gorsza, w domu spokojnej starości! 
 
We wspomnianym domu mieszka osiemdziesięciodwuletnia Rose - jeszcze do niedawna znana pisarka. Kobieta zasłynęła dzięki serii książek dla dzieci, którą zna nawet nasza Cathrine. Teraz jednak umysł Rose nie działa już tak jak kiedyś, wszystko jej się miesza, a rzeczywistość przeplata się ze wspomnieniami z dzieciństwa. Cathrine ze wszystkich pensjonariuszy trafiła właśnie na Rose, która uparcie ostrzega ją przed pokojem numer 7. Choć nastawienie dziewczyny pozostawia wiele do życzenia (co może wiedzieć staruszka cierpiąca na demencję?), nawet ona szybko zdaje sobie sprawę, że w domu opieki dzieje się coś złego.

Gdybym nie wiedziała, że ta historia została napisana przez Fitzgerald, chyba nie byłabym w stanie się tego domyślić. Powieść znaczniej różni się od "Wstydu", który w tym porównaniu jest zdecydowanie mocniejszy. Więcej tam bulwersujących i wulgarnych scen, "Jedyne wyjście" jest przedstawione dużo łagodniej - oczywiście nie oznacza to jednak, że jest to książka dla ludzi o słabych nerwach.

"Jedyne wyjście" to wielowątkowa i bardzo uniwersalna powieść. Wszystko dzięki temu, że główne bohaterki są dwie, a nawet trzy, biorąc pod uwagę fakt, że Rose poznajemy na dwóch płaszczyznach - jako staruszkę z demencją, lecz również dzięki wspomnieniom, w których jest małą dziewczynką. Druga z kobiet, Cathrine, została stworzona chyba na zasadzie kontrastu, bo z Rose nie łączy jej praktycznie nic.

Cała historia kręci się wokół dwóch kobiet, ale to wystarczy po bohaterki są wystarczająco złożone, aby wypełnić całą powieść. Z czasem coraz więcej się o nich dowiadujemy, a z pozoru proste charaktery, wyostrzają się w naszych oczach.

Bardzo spodobało mi się przedstawienie opowieści w ten sposób - rozpoczynając lekturę kompletnie nie wiemy czego się spodziewać, czy w pokoju, o których mówi Rose faktycznie czeka niebezpieczeństwo, czy może to jedynie wytwory starczej demencji. Na równi wciągająca jest jednak historia, w której przenosimy się wiele lat wstecz.


"Jedyne wyjście" to naprawdę ciekawa powieść, która wyróżnia się na rynku. Nawet jeżeli jesteście zniechęceni do autorki, ponieważ (nie oszukujmy się) jej poprzednia powieść  była dla niektórych po prostu zbyt mocna, to śmiało możecie sięgać po tę historię -jest o wiele bardziej uniwersalna!

Ocena: 8/10
Za książkę serdecznie dziękuję:
http://www.burdaksiazki.pl/
 

środa, 14 grudnia 2016

"Spójrz na mnie" Nicholas Sparks

źródło
Tytuł: Spójrz na mnie
Autor: Nicholas Sparks 
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 512

"Nowa powieść króla prozy obyczajowej, który
tym razem umiejętnie myli tropy, a zakończenia
nie domyśli się nawet wielbicielka powieści
detektywistycznych!
 
Będziesz wiedziała, co się wtedy czuje.

Taką wiadomość, wraz z bukietem róż, otrzymuje Maria Sanchez, młoda prawniczka, która niedawno wróciła do rodzinnego miasta i rozpoczęła pracę w renomowanej kancelarii. Kolejnemu liścikowi towarzyszą przebite opony w samochodzie. Maria doskonale wie, że jest ofiarą stalkingu. Tylko kto ją prześladuje? Szef, którego względy odrzuciła? A może dogoniła ją przeszłość? Czy to dobry moment na angażowanie się w związek z mężczyzną, który ma problemy z własną przeszłością? Prawdopodobnie nie, podpowiada jej rozsądek. Ale uczucia mówią coś zupełnie innego.
" źródło
 
Mój stosunek do Sparksa jest dość dziwny - chyba sama nie potrafię go określić. Parę ładnych lat temu zaczytywałam się w "Pamiętniku" (który do tej pory uważam za prawdziwy hit!) oraz "Jesiennej miłości". Z czasem jednak przestałam sięgać po powieści autora, dostrzegając w nich coraz więcej wad. Nie potrafię sobie jednak odmówić obejrzenia ekranizacji. Choć w książkach mam ogromne braki, to nich filmowe adaptacje widziałam chyba wszystkie. Jedne są lepsze, inne gorsze, jednak nie potrafię ich sobie darować.
 
Dlaczego sięgnęłam akurat po "Spójrz na mnie"? Powodów jest kilka. Po pierwsze - zdecydowanie przemówił do mnie argument, że książka spodoba się również fankom powieści detektywistycznych. To znak, że historia może być czymś więcej niż tylko romansem! Po drugie -  czas wreszcie znaleźć "swój gatunek", więc jakiś czas temu zdecydowałam się jeszcze w tym roku sięgnąć po skrajnie odmienne powieści i tak też po thrillerze o seryjnym mordercy i młodzieżowym melodramacie nastał czas na typowy romans. Nie ukrywam jednak, że decyzja, aby była to właśnie ta, a nie inna książka autora zapadła również dlatego, że po prostu właśnie ten tytuł został ostatnio wydany - nowości chyba zawsze kuszą najbardziej!

Było mniej więcej tak, jak się spodziewałam. Choć książki Sparksa są kompletnie różne, łączy je jedno - jest tutaj cała masa dramatycznych wydarzeń. Bohaterowie bywają w różnym wieku, czasami są zupełnie młodzi, innym razem - młodość mają już za sobą. Czasami dopiero wkraczają w dorosłe życie, a czasami to ludzie po przejściach, którzy chcą zacząć na nowo. I zastanawiam się, czy fani (a raczej fanki) autora nie są masochistkami, skoro tak zgrabnie manipuluje on czytelnikiem. Najpierw pozwala nam polubić swoich bohaterów, po czym zsyła na nich wszystkie możliwe nieszczęścia świata.

W tym przypadku pierwsze skrzypce grają Maria i Collin. Ona jest dość typową, sympatyczną dziewczyną, on z kolei to raczej zły chłopiec, jednak, przewrotnie, jest dość nietuzinkowy. Collin bardzo szybko przyznaje się do swojej (niezbyt chlubnej) przeszłości i jest w tym rozbrajająco szczery. Uczucie rodzące się między tą dwójką jest dość oczywiste dla czytelnika. Szybko również możemy się domyślić, że nad szczęściem naszych bohaterów czyha niebezpieczeństwo. Wszystko wskazuje na to, że Marię ktoś prześladuje, a niemiłe niespodzianki, które na nią czekają stają się coraz bardziej niebezpieczne...

Niestety nie postawię "Spójrz na mnie" na równi z "Jesienną miłością" czy "Pamiętnikiem". Zabrakło mi przede wszystkim chemii między głównymi bohaterami i magii, na którą szczerze liczyłam. Będąc szczera muszę przyznać, że wstęp nieco mnie znudził. Rekompensuje to jednak wątek kryminalny - autor wypadł całkiem nieźle, choć zupełnie się tego nie spodziewałam.

Ocena: 7/10
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję:
www.wydawnictwoalbatros.com/
 

piątek, 18 listopada 2016

"Co mnie zmieniło na zawsze" Amber Smith

źródło
Tytuł: Co mnie zmieniło na zawsze
Autor: Amber Smith
Wydawnictwo: Feeria
Stron: 380

"Bestseller New York Timesa!
To nie liceum ją zmieniło.
To gwałt.
Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata – niemal członek rodziny – sprawia, że świat Eden wywraca się do góry nogami. To, co kiedyś wydawało się proste, teraz jest skomplikowane. To, co kiedyś wydawało się prawdą, teraz jest kłamstwem.  Ci, których kiedyś kochała, teraz budzą tylko jej nienawiść. Nic już nie ma sensu. Wie, że powinna powiedzieć komuś o tym, co się stało, ale nie może tego zrobić. Więc ukrywa to w sobie, głęboko. Ukrywa też to, kim kiedyś była – bo teraz jest już inna. Na zawsze.
 
Czy znajdzie w sobie siłę, by przetrwać?" źródło

Mam czytelniczy kryzys. Ostatnio z dystansem sięgam po większość tytułów, chyba raczej z rozpędu, niż dlatego, że faktycznie mam na nie ochotę. Nawet mój niezawodny instynkt książkoholika nie wyczuwa ostatnio ciekawych powieści. W końcu mamy już połowę listopada, a ja raptem jednej książce dałam 10 gwiazdek. Aż wreszcie... serce zabiło mi szybciej! W plebiscycie na najlepszą książkę prowadzonym na portalu Goodreads wpadł mi w oko tytuł, który po prostu musiał być genialny. Przed Wami "Co mnie zmieniło na zawsze"!

Na wstępie muszę wspomnieć, że strasznie mi szkoda oryginalnej okładki. Zawsze wolałam metaforyczne grafiki niż dość banalne twarze na okładce. Nie do końca pasuje mi również tytuł - wydaje się dość długi i po prostu brzmi dziwnie. Nic jednak nie było w stanie zepsuć mojego pozytywnego nastawienia. 

Nastoletnia Eden właśnie rozpoczyna liceum. Ma jedną, jedyną najlepszą przyjaciółkę i ciężko powiedzieć, że dziewczyny gdziekolwiek przynależą. Ale to nic. Mają siebie nawzajem i nawet, jeśli nie są najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, to i tak na swój sposób są szczęśliwe. Eden ma również starszego brata, z którym łączy ją bardzo silna więź. A on z kolei ma najlepszego przyjaciela, który od wielu lat jest niemalże częścią rodziny. Spędza bardzo dużo czasu (w tym noce) w domu swojego kumpla, a dla Eden jest bohaterem, w którym chyba nawet skrycie się trochę podkochuje. Aż do pewnej nocy, kiedy Kevin niespodziewanie pojawia się w jej pokoju...

Wiele jest powieści, które opowiadają o molestowaniu i gwałcie. To trudny, jednak ważny temat, (niestety) nawet dla rówieśników głównej bohaterki. Ważne jest, abyśmy wiedzieli, że trzeba o tym mówić. Eden wie. Jednak, kiedy ma okazję, jeżyk staje jej w gardle. A my, czytelnicy, zaczynamy naprawdę rozumieć, że być może wyznanie prawdy jest dla ofiary o wiele, wiele trudniejsze niż wydawać by się mogło postronnemu obserwatorowi.

"Co mnie zmieniło na zawsze" to obraz autodestrukcji inteligentnej i sympatycznej dziewczyny, która na naszych oczach bardzo się zmienia. Zmienia się w kogoś, kim wcale nie chce być i naprawdę ciężko się na to patrzy. Jednak jakkolwiek nielogiczne decyzje podejmuje, ja i tak w pewnym stopniu ją rozumiem. Amber Smith świetnie nakreśliła psychologiczny portret bohaterki, której świat legł w gruzach, a ona potrafi jedynie coraz głębiej się zapadać.

Ciężko jest mi przypomnieć sobie, kiedy ostatnio uroniłam łzę na książce. Tutaj "uronić" to raczej lekkie niedomówienie. Bo nawet jeżeli nie wzruszy Was pierwsza scena, nawet jeśli powstrzymacie łzy podczas dramatów w środku powieści, to musielibyście mieć serce z kamienia, aby pozostać obojętni na zakończenie tej historii.

Oprócz dramatu jest tutaj też miłość. Uczucie niesamowicie piękne i na tyle silne, na ile to w ogóle możliwej w tego typu opowieści. On, jest o wiele bardziej wyrozumiały niż to przewidujemy, wręcz idealny. Nawet w złe dni jest światełkiem w tunelu i chyba przez to jeszcze trudniej pogodzić nam się z faktem, że Eden już nigdy nie będzie uroczą nastolatką, która mogłaby cieszyć się z trzymania za rękę i dzielić z przyjaciółką sekretem dotyczącym pierwszego pocałunku.
Ta powieść stanie na mojej półce z ulubionymi, najbardziej wzruszającymi historiami, tuż obok "Gwiazd naszych wina", "Wszystkich jasnych miejsc" i "Morza spokoju". Myślę, że każdy powinien przeczytać tę książkę, niezależnie od wieku. Gwarantuję, że tej karuzeli uczuć długo nie zapomnicie. 

Ocena: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:
http://wydawnictwofeeria.pl


środa, 16 listopada 2016

Gra: Small World: Podziemia

Tytuł: Small World: Podziemia 
Wydawnictwo: Rebel
Typ: gra planszowa 
Liczba graczy: 2-5 osób 
Czas gry: ok. 90 minut 

"Okazuje się, że w Podziemiach przestrzeni do życia jest jeszcze mniej niż na powierzchni! Pośród pogrzebanych wspomnień minionych epok, ciężko jest znaleźć jeszcze trochę miejsca dla siebie. Zwłaszcza, że inne plugawe Rasy także ośmieliły się kopać w naszej ziemi, drążyć skałę, którą nasi przodkowie powierzyli Tobie z nadzieją, że będziesz w stanie wykuć w niej podwaliny potężnego imperium, a Twoi podwładni wylegną z niej i zdominują cały znany nam świat!

Po wyborze Rasy i posiadanej przez nią Zdolności powinieneś podbijać kolejne regiony, odwiedzać Popularne Miejsca, szukać Pradawnych Relikwii i gromadzić całe stosy monet, często kosztem sąsiednich, słabszych Ras. Dokładanie jednostek (żetonów Ras) w rozmaitych regionach i podbijanie wykutych w skale okolic przynosi na zakończenie tury dochód w postaci monet zwycięstwa (punktów) równy liczbie kontrolowanych przez Ciebie regionów. Czasem zdarza się, że rozwój Rasy zostanie mocno ograniczony przez bardziej agresywnych sąsiadów. Wtedy będziesz zmuszony do porzucenia jej i rozejrzenia się za nowymi podopiecznymi.

Kluczem do zwycięstwa jest wyczucie, kiedy ogłosić wymieranie swojego imperium i poprowadzić nowe ku chwale i dominacji nad jaskiniami i grotami Podziemi!" 

Dlaczego Small World: Podziemia?
Uwielbiam planszówki, a moja prywatna kolekcja liczy już całkiem pokaźną liczbę gier. Muszę jednak przyznać, że jedna z nich jest dla mnie szczególnie ważna, nie tylko dlatego, że to pudełko tak naprawdę rozpoczęło moją planszową miłość. Chodzi oczywiście o Small World - to właśnie po niego sięgam najczęściej. Prosta mechanika, a jednocześnie dużo możliwości poprowadzenia rozgrywki sprawia, że akurat ta gra chyba nigdy się nie znudzi. O wersji Underworld słyszałam już dawno. Zastanawiałam się nawet nad zakupem jej w angielskiej wersji językowej, jednak kiedy tylko pojawiły się zwiastuny tłumaczenia, wolałam zaczekać. I tak też, kilka dni przed oficjalną premierą miałam możliwość przetestowania najbardziej wyczekiwanej przeze mnie gry roku.


O co tu chodzi?
Zacznijmy od najważniejszego - Small World: Podziemia, w przeciwieństwie do choćby Przeklętych, czy Wielkich Dam, nie jest dodatkiem. To pełnowymiarowa wersja, która nie wymaga posiadania podstawy. Oczywiście, obie gry można ze sobą połączyć, ale o tym później. Jeżeli chodzi o zasady, są bardzo zbliżone do tych, które już znam. Jeśli jednak nie graliście do tej pory w Small World, bez obaw - z pewnością szybko załapiecie, o co tutaj chodzi. Gra nie wymaga chronologii, posiadania, czy nawet znajomości podstawy. Rasy i zdolności są inne, jak sama nazwa wskazuje tutaj spotykamy raczej mrocznych bohaterów, lecz równie zabawnych, co znani mi do tej pory.

Mechanika jest dość prosta i myślę, że wystarczy jedna partia, aby załapać. Mówiąc w skrócie, przenosimy się do świata, który jest za mały dla nas wszystkich. Nawet pacyfiści, którzy rozpoczynają rozgrywkę z wyjątkowo pokojowymi zamiarami, szybko zdadzą sobie sprawę, że nie sposób jest wygrać, nie walcząc. Ale po kolei. Rozdajemy osobne karty rasy i karty zdolności. Dzięki temu na stole tworzą się niemal unikatowe możliwości. Każdy z graczy wybiera jedną z pięciu, po czym rozpoczyna podbój świata. Pod koniec swojej tury gracz zlicza zajęte terytoria i pobiera z banku odpowiadające im monety. Nie trudno się domyślić, że im większą część planszy zajmujemy, tym więcej pobieramy monet, a co tym idzie zwiększa się nasza szansa na wygraną.



Small World a Podziemia
Czym więc różni się Podziemny Small World od wersji standardowej? Nie tylko rasami lecz również zdolnościami. Mamy też inny sposób zagospodarowania terenów, na których już ktoś mieszka. Moim zdaniem - ciekawszy. Inna jest również mapa, jednak twórcy pozostawili nam możliwość połączenia Podziemi ze standardowym Small Worldem. W instrukcji znajdziemy nawet podpowiedź odnośnie traktowania terenów na mapie, w końcu niektóre rasy i zdolności uzależnione są od mapy, ale i na to jest rada. Koniec końców, możemy cieszyć się grą zawierającą dwa razy więcej możliwości na dowolnej planszy.


Wykonanie
Small World jest moją ulubioną grą również ze względów estetycznych. Ilustracje są nie tylko piękne, lecz również przezabawne. Do wyboru mam dwie dwustronne plansze, przeznaczone dla 2, 3, 4 lub 5 graczy - oczywiście, im więcej, tym weselej. Bardzo cieszy mnie również fakt, że twórcy oszczędzili nam foliowych woreczków (których nie cierpię!), a w zamian za to dostajemy w pełni zorganizowane pudełko, w którym możemy przechowywać wszystko elementy poukładane.


Ocena
Small World: Podziemia może spodobać się nie tylko maniakom gier takim jak ja. Oczywiście, jeśli tak jak ja kochacie ten Mały Świat, Underwold będzie dla Was pozycją absolutnie obowiązkową. O ile dodatki mogliście ominąć, o tyle w tę część naprawdę warto zainwestować. A nawet jeśli nie jesteście fanami podstawy, czy choćby jakichkolwiek gier planszowych, Small World  to świetny początek!

niedziela, 13 listopada 2016

"Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?" Estelle Maskame

źródło
Tytuł: Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?
Autor: Estelle Maskame
Wydawnictwo: Feeria
Stron: 330

"Eden i Tyler po raz ostatni widzieli się rok temu. W Nowym Jorku wiele się między nimi wydarzyło, a ich płomienny romans zakończył się rodzinną awanturą. I wtedy Tyler zniknął. Eden sama musiała stawić czoła wściekłej rodzinie, żyć z etykietką niemoralnej pannicy w oczach bliskich i całego Santa Monica, a później z trudem przyjąć do wiadomości, że pomiędzy nią i Tylerem wszystko skończone. Aż w końcu cała miłość, jaką czuła, wyparowała. Zamiast niej pojawił się gniew. Gdy Tyler znów pojawia się na horyzoncie, nic nie jest takie jak dawniej. Czy Eden mu wybaczy? Czy dla niej i Tylera jest jeszcze w ogóle jakaś szansa? Czy ich rodzina się ostatecznie nie rozpadnie?
Ostatni tom bestsellerowej serii." źródło

"Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię?" to już trzeci i ostatni tom serii "DIMLY". Pozostałe okazały się pozytywnym zaskoczeniem - w naszym kraju wydaje się chyba niewiele książek o romansie pomiędzy przyrodnim rodzeństwem (a przynajmniej ja na takie nie trafiam). Pomimo lekkich kontrowersji, powieści Estelle Maskame okazały się naprawdę uroczym romansem pomiędzy dwójką młodych ludzi.

Ciężko sięga się po ostatni tom - uczucie, że będziemy musieli pożegnać się z bohaterami raz na zawsze sprawia, że mamy ochotę odwlec lekturę. I tak też zrobiłam z "Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię?" W końcu jednak ciekawość wzięłam górę i chęć poznania dalszych losów Eden i Tylera okazała się silniejsza. Jedno jest pewne - taka lektura potrafi umilić nawet najbrzydszy jesienny wieczór.

Estelle Maskamme napisała książkę, która stała się hitem zanim jeszcze została wydana. Autorka zamiesiłam powieść na Wattpad i już wtedy zaskarbiła sobie sympatię mnóstwa czytelniczek. Wspominam o tym nie bez powodów. Spotkałam się już z kilkom powieściami, które zasłynęły właśnie dzięki tej platformie i widzę pewną zależność, która sprawdza się również w tym przypadku. Mówiąc w skrócie - książka może i ma swoje wady, jednak nie bez powodu jest uwielbiana przez rzesze młodym kobiet. Po prostu piekielnie wciąga. Do tego stopnia, że przestajemy się zastanawiać, czy cokolwiek nas irytuje - czerpiemy przyjemność z lektury i tyle!

Poprzedni tom zakończyłam z lekką antypatią w stosunku do Tylera. Teraz, rozpoczynając trzecią część, mogłam wręcz powiedzieć, że go nie lubię. I nie tylko ja, bo wszystko wskazuje na to, że Eden już się wyleczyła z nieszczęśliwej miłości do przyrodniego brata. Ten rok był niesamowicie trudny, a dziewczyna musiała sama radzić sobie ze wszystkim. Czy jednak będzie w stanie zachować zimną krew, gdy Tyler w końcu wróci?

Tutaj również nie brakuje akcji i emocji. Autorka przez wszystkie części skupia się przede wszystkim na romansie między dwójką głównych bohaterów i nie można zaprzeczyć, że on jest najważniejszy. Jeśli nie lubicie miłosnych historii, "DIMLY" z pewnością nie przypadnie Wam do gustu. Jeśli je kochacie i tak seria przypadnie Wam do gustu. Mogłabym zacząć teraz wyliczać wady powieści Eselle Maskame, jednak w tym przypadku po prostu nie ma to sensu. Jak już wspomniałam - książka wciąga, a my kibicujemy gorąco głównym bohaterom, a rzeczy takie jak choćby schematyczne zachowania zwyczajnie przestajemy zauważać.

Myślę, że tych z Was, którzy czytali "Czy wspomniałam, że Cię kocham?" oraz "Czy wspomniałem, że Cię potrzebuję?" nie muszę przekonywać, aby sięgnęli i po tę książkę.  Finał tej romantycznej przygody po prostu trzeba poznać!

Ocena: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu:
http://wydawnictwofeeria.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...